wtorek, 1 stycznia 2013

Usłyszeć ciszę...

Wszystko jest muzyką, kosmiczną "harmonią sfer", jak zauważył już w starożytności Pitagoras. Cisza nie jest brakiem dźwięku, tak jak milczenie nie jest nie mówieniem. Niezbędna, by odróżnić jeden ton od drugiego, objawia się jako pauza, niby puste miejsce, nierozdzielnie złączona z dźwiękiem wybrzmiewa całość, pełnię.

Muzykę XX wieku można podzielić na dwa etapy: przed John'em Cage'm i po nim. Nietuzinkowy amerykański artysta, zwolennik dziwnych instrumentów, szalonych rozwiązań technicznych, szokujących kompozycji inspirację czerpał głównie z mądrości buddyzmu zen. Na jednym z koncertów wprowadził w osłupienie publiczność która usłyszała, a dokładniej wykonała utwór 4.33Tacet (łac. cisza). W ciągu czterech i pół minuty pianista David Tudor trzykrotnie podniósł klapę fortepianu, następnie trzykrotnie ją opuścił nie wydobywając z instrumentu ani jednego dźwięku. Zniecierpliwieni, zupełnie nie nastawieni na tego typu koncert słuchacze zaczęli się kręcić, szeptać, kaszleć, tworząc różnym sposobem dźwięki, które stały się spontaniczną melodią.

Cage chcąc doświadczyć ciszy został zamknięty na kilkanaście minut w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu na Uniwersytecie Harwarda. Oprócz bicia serca i oddechu usłyszał dwa dźwięki. Według objaśnień oprowadzającego go fizyka, tony niskie są efektem działania krwiobiegu, a wysokie tworzy układ nerwowy. Kolejną konsekwentnie stworzoną kompozycją Cage’a był Tacet trwający zero minut, zero sekund.



Fragment wstępu do mojej pracy magisterskiej pt. "Cisza jako wgląd w pełnię. Życie wewnętrzne bohaterów w filmach Kim Ki Duka".

Na początku było słowo...

Witam na blogu, który jest poświęcony muzyce. Dosłownie i między dźwiękami. Słucham muzyki, a ona mnie. W(y)czuwamy się. Jest wydłużoną mową, niewidzialnym tańcem. Samolotem, który zabiera w najgłębsze miejsca duszy. Zapraszam do wspólnej podróży :)